Dyrekcja
Nasz Adres
Zespół Szkół Nr 1 im. prof. Bolesława Krupińskiego
w Lubinie. ul. Kościuszki 9,
59 - 300 Lubin.
tel/fax. 076-746-30-50.
NIP 692-10-28-723

on-line:
statystyki www.stat.pl
Ogółem na stronie:

 
Aktualności Dokumentacja Absolwenci Kontakt
 

Jak na wojnę

Lidia Ostałowska, Jakub Stachowiak

Jak idzie trzech, czterech wygolonych, w dresie, jeszcze z piwem, to udaję, że mnie nie ma. Spuszczam głowę. Reportaż Lidii Ostałowskiej o przemocy wśród młodych

Nastolatki wychodzą na ulicę jak na wojnę. Jedni atakują, innym dzieje się krzywda. Zwróciłam się do czytelników, by opowiedzieli o tym. Starsi dzielili się strachem, młodsi doświadczeniem. Znają sposoby, żeby przetrwać w mieście. Pewien dwudziestolatek zapewniał: "W Poznaniu nawet o północy nic złego się nie przydarzy". Nieprawda. Na Półwiejskiej, w centrum Poznania, cztery dziewczyny wciągnęły w bramę siedemnastolatkę, ukradły jej adidasy. Była 18.45. O 14.50 na ul. Święty Marcin mężczyźni w dresach kopali chłopaka, bili pięściami w brzuch. Zabrali mu dziesięć złotych i telefon Motorola. To się nazywa wymuszenie rozbójnicze, policja odnotowuje ich setki.

- Biją, bo lubią. Powinno się urządzić publiczną egzekucję paru takich gości, wtedy byłby porządek - stwierdził uczeń poznańskiego liceum. Jego rówieśnik z zawodówki wyznał: - Kto się wyróżnia w klasie, ma pieniądze, trzeba go rąbać. Ważne, żeby nie być łochem. To taki, co wszystko odda i podziękuje, że w mordę nie dostał.

Pytałem wnuka, czemu nie krzyczy

Dębica, Kraków, Warszawa, Katowice

Opowiadają dorośli.

Dębica. "Wnuka pobili w czerwcu, w biały dzień, ludzie patrzyli z okien. Dostał, bo ma długie włosy. Zabronił ojcu zgłosić sprawę na komendzie, chociaż wie, kto mu to zrobił. Tacy, co to wiecznie na ulicy, łamią zakazy, jeżdżą >maluchami< po chodnikach. Dużo ich, zastraszają dzieci na osiedlu. Tu mieszka wielu policjantów. Nie reagują, bo przecież o sąsiadów chodzi".

Kraków. "Syna w tym roku cztery razy napadli: w bramie, jak szedł na angielski, w drodze do księgarni i pod szkołą. To elitarne liceum. W czasie długiej przerwy drzwi są zamknięte, wynajęto nawet ochroniarzy. Co z tego? Przed budynkiem zawsze stoją młodzi ludzie, obserwują, po lekcjach otaczają ofiarę całą grupą. Synowi zabrali komórkę, przy następnej okazji - pieniądze. Policji to nie obchodzi, dyrekcji szkoły też, na kolegów nie ma co liczyć. Boją się".

"Wczoraj moja niespełna piętnastoletnia córka powiedziała, że już dwukrotnie ją napadli. Kiedyś na przystanku i dwa dni temu. Wracała od koleżanki i w pobliżu oświetlonej stacji CPN (Kraków-Wola Duchacka) zaczepiło ją czterech. Chcieli pieniędzy, sprawdzali jej kieszenie, wykręcali rękę. Na szczęście lewą, więc prawą mogła wydobyć gaz łzawiący, który nosi przy sobie zawsze, ale nie w tych widocznych kieszeniach. Spryskała dwóch, ale zdążyli naciąć jej rękę przy nadgarstku, jest szrama. Córka kończy szkołę bardzo późno - o 17, 18, 19, a nawet raz w tygodniu o 20. Co robić, jeśli nie mogę po nią przyjechać?".

Warszawa. "Syna niedawno zatrzymało dwóch, zabrali mu drogi zegarek i portfel. Po negocjacjach oddali portfel bez pieniędzy. Syn od razu zadzwonił pod 997. Spytano go: czy pan jest trzeźwy? On skończył dwadzieścia trzy lata i miałby prawo być po piwie. W końcu stanęło na niczym. Może i dobrze, bo te bandziory mieszkają trzy ulice dalej, na Gocławiu. Opony by nam pocięli i tyle".

"Wnuk to licealista, trzecia klasa, przystojny, dobrze ubrany. Ostatnio ku rozpaczy rodziny zapuścił długie włosy, bo w klasie taka moda. Od razu się zaczęło. Przy Dworcu Gdańskim dostał kijem w brzuch, zabrali mu telefon. W pobliżu domu, na Zaciszu, zrewidowali go, wzięli dziesięć złotych, grozili, że jak coś powie, to zobaczy. W tramwaju przyłożyli mu nóż i zdjęli zegarek. To się odbywa w tłumie, w drodze ze szkoły. Pytałam, czemu nie krzyczy. Uważa, że wtedy by go pobili. Wnuk jest wysportowany, ale sześciu nie da rady. Dlatego zawsze powinien mieć przy sobie parę groszy dla nich. Namówiłam córkę i zięcia, żeby tego pilnowali".

"Syn ma czternaście lat. W maju w drodze do szkoły trzech chłopców sterroryzowało go w metrze śrubokrętem. Kazali prowadzić do domu, otworzyć drzwi. Splądrowali mieszkanie, wzięli komputer, rower, kuchnię mikrofalową. Straszyli moje dziecko nożem, związali smyczą, zalepili mu buzię. Z naszego telefonu przywołali taksówkę, odjechali. Od tej pory syn boi się mężczyzn. Do szkoły jeździ ze mną, z zajęć dodatkowych zrezygnował, bo nie zawsze mogę go podwozić. Kontakty utrzymuje przez Internet. Co chwila przynosi nowe wiadomości o napadach na kolegów: pod szkołą, pod sklepami muzycznymi, w McDonaldzie, przy klubie sportowym, przed basenem".



"Nasze osiedle przeważnie kibicuje Legii, a ktoś niedawno napisał słowo >Polonia< na murach. Szalikowcy postanowili wykryć wroga. W dniu rozgrywek pojechali na Polonię i po meczu przyuważyli na przystanku moich synów. To student i licealista, są za Polonią, ale niczego nie pisali. Legioniści tłukli ich tak, że różnie mogło się skończyć. Synom udało się wybiec na jezdnię, zatrzymywali samochody. Ktoś przystanął. Starszy wyszedł z tego gładko, młodszy od miesiąca żyje w strachu. Twierdzi, że czekają na niego. Odmawia opuszczenia domu. Dotąd synowie ukrywali to przede mną, teraz wiem. Przemoc to chleb codzienny chłopców od piętnastego roku życia. Nie wiem, jak z sensem na nią reagować. W sobotę stałam na Grójeckiej w korku. Zobaczyłam, że z tramwaju wysiada nastolatek otoczony przez jakichś pięciu. Wszyscy kierowcy widzieli, to był napad. Mój pierwszy odruch - wysiąść i pomóc mu. Druga myśl: dlaczego ja, żaden mężczyzna z samochodu nie wyskoczył. Więc tylko zadzwoniłam na policję. A w domu poryczałam się, że jestem tchórz. Synowie mnie pocieszali: dobrze, że nie trąbiłaś, bo szyby by ci wytłukli".

Katowice. "Chłopcy ogoleni na łyso są bezkarni. Jakby nastraszyć to gnojostwo, toby tego nie robili. Od lat zmagam się z przemocą. Starszy syn, osiemnastolatek, o błahych sprawach już nie mówi. Młodszy jeszcze się nie uodpornił. Tłumaczę mu: jeżeli chcą ci zabrać zegarek i pieniądze - oddaj. To go boli. Najbardziej boli na początku".

Strach ogranicza życie

Wrocław, Łódź, Bydgoszcz, Gdańsk, Bielsko-Biała, Bytom, Poznań

Wrocław. "W Przejściu Garncarskim na Rynku gromadzą się lewicowcy i tam są starcia z faszystami. A przy stadionie chuligani biją. Kiedyś po pogrzebie kibica Śląska szalikowcy maszerowali przez miasto. Widziałem, jak w dziesięciu rzucili się na jednego skejta: >Złapać brudasa i skopać!<".

"W centrum miasta, na Piłsudskiego, dostałem kastetem od kibiców Śląska (własny klub!), dlatego że kolega odpowiedział im uśmiechem na zaczepki. Potrzebowali pretekstu. Pamiętam tylko, jak wstawałem z jezdni. Pięć szwów i złamany nos. Takich frajerów nazywa się dresiarzami. Atakują w grupie, jak stado szakali".

Łódź. "Mam dwadzieścia lat. Dla mnie takie ataki, żeby wymusić kasę, to normalka. Ostatnio, jak wracałem z gór i czekałem na Widzewie na autobus, podeszło pięciu. Ostrzyżeni, w dresach. Poprosili na wino. Dałem im drobne, chcieli więcej. Na pewno coś masz! Miałem, ale schowane. Wyjmuję portfel z monetami. Pierwsze uderzenie w twarz, ludzie nie reagują. Myślę: teraz ukradną mi polar. Nie oddam! Dwóch odepchnąłem, wybiegłem na jezdnię, stanąłem na czerwonym świetle i zawołałem: Upijcie się za to! Wtedy odeszli".

"Raz połasili się na trzy grosze. Pokazałem, że mam trzy grosze, i oni je wzięli. Nikt mnie nigdy nie pobił, ale to raczej dlatego, że zawsze bez większego gadania oddaję pieniądze. To, że mam 190 cm wzrostu i ważę ponad 100 kg, nic tu nie zmienia".

Bydgoszcz. "Wyglądam tak, że nie wszystkim się to podoba. Chodzę do trzeciej liceum, dojeżdżam. Na przystanku PKS z pięćdziesiąt osób stało, kiedy waliło mnie w brzuch trzech szalikowców Zawiszy. Jak mnie potem bili w autobusie, to każdy się odwracał. Gaz paraliżujący zdobyłem przy innym napadzie. Czekałem wtedy na busa (teraz tak jeżdżę) i słuchałem kasety, jak podeszło dwóch. Włosy na żel, przypakowani. Dawaj walkmana! A ja, że zepsuty, więc nie warto. Wkurzyli się: co nie warto, brudasie? Jeden przystawił mi do oczu gaz, drugi wyrwał walkmana i w nogi. Nadjechał bus, znajomy kierowca pognał za nimi. Wrócił z walkmanem, a ja podniosłem gaz, bo go zgubili. Oni to robią dla adrenaliny. Taka zabawa. Dam przykład. W Bydgoszczy Wyspa Młyńska to miejsce, gdzie spotykają się brudasy. Bywa tam i żulerka, bezdomni stukają na wino. W sezonie na wyspę przychodzi po kilkaset osób, wyjmują gitary, jest alkohol. Któregoś dnia w połowie września zebrało się już z dwustu ludzi, kiedy nadeszli dresiarze, we czterech. Nic im nie zrobiliśmy! Rzucili gaz i wszyscy z wyspy uciekli".

Gdańsk. "Ostatnio obok III LO przy Topolowej czai się na uczniów paru chłopców w wieku osiemnastu-dziewiętnastu lat. Do szkoły można dojść na skróty ścieżką przez las, oni stoją przy wyjściu z lasu na ulicę. W zeszły wtorek pobili kolegę z klasy i zabrali mu walkmana. Rodzice nie powiadomili policji, tylko dyrekcję szkoły przez telefon. Nie przedstawili się. To mnie zdziwiło. Później wychowawcy przekazali nam od dyrektora, żeby tamtędy nie chodzić. Ale większość się przyzwyczaiła, chodzi bez zastanowienia. Na swoje nieszczęście spotkałem ich w piątek, tydzień temu. Wciągnęli mnie w głąb lasu, znaleźli w portfelu kartę do bankomatu, kazali podać PIN. Powiedziałem, że nie pamiętam. Szperali w moich rzeczach. To trwało jakieś trzy minuty, aż zobaczyłem, że idą koledzy z klasy. Wywiązała się krótka bójka, złodzieje uciekli z kartą. Zgłosiłem się na policję. Śledczy doradził, żebym nie składał zeznań, bo jako niepełnoletni będę miał utrudniony wgląd do akt, a oskarżeni nie, więc wyczytają moje dane. Czy mogę czuć się bezpiecznie w państwie, które chroni bandytów, a ofiary zostawia na ich łasce lub niełasce? Tych zeznań jeszcze nie złożyłem, nie wiem, co robić, rozumiem rodziców kolegi".



"To stało się 1 września. Szedłem do przyjaciela. Na jednej z ulic odchodzących od głównej arterii handlowej mojego miasta nieznany osobnik zażądał ode mnie dwóch złotych. Odmówiłem. Wtedy zaczął się interesować walkmanem i zegarkiem, na który musiałem trochę w czasie wakacji popracować. Po prostu ze strachu dałem sobie zabrać ten sprzęt. On grał psychologicznie, na przemian uspokajał mnie i powtarzał: masz wjeb. Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z taką sytuacją. Później wciąż o tym myślałem, żałowałem, że nie podjąłem żadnej walki. Teraz wydaje mi się, że postąpiłem słusznie. Nie ma przecież nic cenniejszego niż życie i zdrowie. Wtedy ze strachu nie chciałem iść do komisariatu, na szczęście jakimś cudem mama mnie tam wyciągnęła. Dziękuję za to Bogu, nie możemy się tak łatwo poddawać. Po dwóch tygodniach sprawcę złapano. Jako że jest niepełnoletni, czekamy na wyrok sądu rodzinnego".

Bielsko-Biała. "Dresiarze trzymają ze skinami, a skini z kibolami. Chłopaki lubią przywalić. Zaczyna się od papierosów. Chodzą Basztową i proszą o fajkę, zaraz potem o pieniądze. Pleje pijani zbierają na browar. Głupi są i niebezpieczni, bo atakują nożami. Kiedyś ludzie spotykali się na Pigalaku, tzn. na placu Chrobrego, blisko barów. Teraz już nie, bo od południa czeka tam czterdzieści łysych pał. W każdym szukają wroga. Obserwują, czy ktoś nie idzie w glanach z białymi sznurówkami. Jeśli uznają cię za zagrożenie dla białej rasy, to nie wypuszczaj się w miasto. Dlatego na ulicach nie ma alternatywy, ja też zrezygnowałem z wyglądu. Tylko na koncertach sceny niezależnej zobaczysz kilkadziesiąt fajnych fryzur. Po każdej takiej imprezie łysi i Bielski Klub Sportowy idą bić. Autobusem jedzie się przez ich dzielnice. Czekają na nas na przystankach, po trzydziestu. Kierowca otwiera drzwi, a oni wrzucają do środka butelki, kosze na śmieci, kamienie, stłuczone szyby, leją pasami i pałkami z czymś metalowym na końcu. Odskakują, kiedy drzwi zaczynają się zamykać. Biegną za autobusem albo gonią tych, co wysiedli. Czasem któregoś się wciągnie, pecha ma".

Bytom. "Jestem drobna, niska. Od pięciu lat się boję. Odkąd widziałam, jak biją chłopaka w tramwaju. Cały wagon mężczyzn i każdy uważał, że inny zrobi to za niego. Tramwaje są najbardziej niebezpieczne, szczególnie drugi wagon. Mnie też trzepnęli, na ulicy. Miałam tylko zeszyty, a oni chcieli pieniędzy. Teraz uprawiam sztuki walki, bo wiem, że nikt mnie nie obroni. Ulica to czysty strach, a nie można na całe życie wynająć sobie ochroniarza. Wszyscy moi znajomi ze studiów się boją. Rodzice kupują nam telefony na kartę, dzwonimy po zajęciach, żeby czekali na przystanku. Jak nie przyjdą, to do domu się biegnie. Chłopcy chodzą gromadą, tak im raźniej. Głośno do strachu się nie przyznają, ale na do widzenia proszą: jak dojedziesz, to wyślij mi SMS-a. Strach ogranicza życie. Na dyskotekę, do klubu nie idzie się samemu ani samemu nie wraca. Dziewczyny zrzucają się na taksówkę, za drobną opłatą taksówkarz odprowadza nas do drzwi. Bo bezpieczeństwo to pieniądze - na samochód, na komputer. Internet daje szansę nawiązania kontaktu bez lęku, właśnie tak poznałam swojego chłopaka. Poza siecią posiadanie zbyt wielu znajomych to ryzyko, a tu mogę przedstawić się, jak chcę, i nikt mnie nie namierzy. Koresponduję z kimś, później wyznaczam spotkanie w spokojnym miejscu. Taki człowiek nie jest już dla mnie czystą kartą. Mógł wprawdzie nakłamać o sobie... Chyba coś bym wyczuła, nie?".

Na moim brzuchu brali nauki

Poznań Wilda

Poznańska Wilda przylega do Starego Miasta. Od zachodu dzielnicę zamykają tory kolejowe prowadzące na Wrocław, od wschodu - Warta, od północy ul. Królowej Jadwigi, od południa Wspólna. Wewnątrz dziewiętnastowieczne kamienice, bramy z drewnianymi wierzejami, rzędy drugich i trzecich podwórek. W latach 60., kiedy fabryka Cegielskiego potrzebowała rąk do pracy, mnóstwo ludzi z okolic przyjechało do Poznania. Więkoszość zamieszkała na Wildzie i w nowych blokach na Dębcu, dziś do remontu. Miasto zmieniało się, Wilda pozostała taka sama. Na górnych piętrach lokatorzy, a na parterach sklepy i zakłady rzemieślnicze: introligatornia, wyrób ram i luster, oprawianie obrazów, przewijanie silników, usługi hydrauliczne. Wilda to szpital, stadion Warty, dworzec PKS z pobliskim parkiem, tani rynek warzywny i bazar na Bema, gdzie można kupić pirackie kasety, podróbki Adidasa, rybaczki ze stretchu. Dzielnica ma rozpoznaną topografię: Wierzbięcice to na przykład lepszy rejon, im bliżej Dębca, tym więcej meneli (w Poznaniu na menelstwo mówi się penerka). Jest tutaj sporo szkół. Poza podstawowymi i gimnazjum - ekonomiczna, księgarska, samochodowa, a także wielozawodowa, gdzie można kształcić się na sprzedawcę, krawca, kucharza, kelnera. Dobrą renomę ma V LO przy ul. Zmartwychwstańców. Starają się w nim o miejsce uczniowie z całego Poznania.

Radek, rocznik 1985. Sweter, spodnie, glany, plecak, kolczyk u nasady nosa - wszystko w czerni. Czarne włosy do ramion. Wychowany na Wildzie. Relacja Radka:

"W ósmej klasie nauczycielki gnębiły mnie, uważały za satanistę. Do dresiarzy, którzy kroili przy szkolnym sklepiku i zastraszali młodszych, nie przejawiały niechęci. Łatwiej im poprzeć większość, na Wildzie mało kto wygląda jak ja. W starej szkole ludzie dziwili się, że mam średnią 4,5 i czytam wiersze. Bo dla nich byłem śmieć. W dresiarzu inność budzi agresję, pogardę. Niedawno na boisku pomagałem koleżance grabić liście. Podeszło dwóch. Jak mogę sprzątać, skoro jestem brudas? Dostałem w pysk i kopa. Zmyli się, jak przyszli koledzy. Ale jeden czekał na ulicy, walnął mnie z główki w kolczyk, że niby robię głupie miny. Biłem się z nim i dostał ode mnie.

To się tak dawno zaczęło, że nawet nie pamiętam kiedy. Paru kolesi stoi w bramie, jeden podchodzi. Macie ćmika? Mój brat wyszedł z więzienia, robimy zrzutkę na flachę. Macie pożyczyć dwa złote? Nie? To każdy z was ma chlasta w ryj, jak coś znajdę. Znajdzie grosz i przyłoży z liścia, bo się go okłamało. Te karki przeważnie zaczepiają w tłumie, na przystankach. Ustawiają się w pobliżu szkół i nawet dziewczyny kroją, w kosmetyczki im zaglądają. Ostentacyjnie otwierają plecaki, przeszukują kieszenie. A czasami ukradkiem, to zależy od znajomości. W swoim rewirze czują się pewnie, w cudzym potrzebne są plecy. Rewir to brama, kwartał ulic. Są i większe rejony. Warto wiedzieć, kto u ciebie rządzi, kto rozprowadza narkotyki, bije, kradnie, bo rozmowa z dresiarzem często zaczyna się od pytania, kogo znasz. Jak na Hetmańskiej kumpel wymienił właściwe nazwisko, to mu oddali zegarek i powiedzieli: Idź z Bogiem. Ale całego miasta nie poznasz. Na nich nie ma techniki. Chodzić z kumplami? Ktoś ma więcej kumpli. Z pistoletem? Ktoś wyciągnie większy.



Na dorosłych nie można liczyć, to przez nich. W wakacje na festiwalu filmowym w Kazimierzu poznałem dawnego skina. Opowiedział mi, jak się z tego otrząsnął. Szedł do sklepu z matką i zaczepiła ich rumuńska żebraczka. Matka kazała, żeby jej przyje... Moi rodzice nie są rasistami, zwalczali we mnie te poglądy. Śpiewałem: >Cała Polska się wstydzi, mistrzem Polski są Żydzi<, byłem dresiarz. Oni nie tylko kroją na ulicach, ale i magazyny obrabiają. Kiedyś włamali się do sklepu i po tygodniu w szkole była moda na oryginalne koszulki Adidasa. Sprzedawali po pięć złotych. Nikt nie zwrócił uwagi, że dziwnym trafem wszystkie są czerwone. Zresztą kumpel kumpla nie wykapuje. A jak wykapuje, to mogą go wywieźć gdzieś. Nie patyczkują się. Ktoś napisał na murze: >dres to syf<. Złapali jakiegoś skejta, kazali mu to zlizać ze ściany. I lizał. Starszy brat pomógł mi wydobyć się z tego szamba. Jak kładłem dres, to krzyczał: Mamo, Radek nie skończy szkoły, będziesz mu wozić cebulę do pierdla. Mama broniła mnie: Nieważne, jak się kto ubiera. A to ważne.

Teraz od nich dostaję. Dużo razy zrobili mi oklep, coś ich przyciąga. Pojedynczy dresiarz nie podejdzie, tylko idiota albo początkujący. Takiemu bym powiedział, żeby szedł się przespać, albo bym go roztrzaskał. Oni są silni tylko w grupie. W bramie u koleżanki kiwało się dwunastu, któryś wyciągnął kosę. Mam cię dźgnąć? Jeszcze nikogo nie miałem na tym nożu. Poprosiłem, żeby zlali mnie innego dnia, bo właśnie wybieram się na urodziny. Rozśmieszyło ich to, nawet prezentu mi nie odebrali. Innym razem w parku kolesie przypiep... się o naszywkę >stop nazi<. Byli z nimi młodsi bracia, na oko trzecia klasa podstawówki. Na moim brzuchu brali nauki, jak kopać. A jeszcze kiedy indziej paru najaranych kazało mi oderwać podeszwę od buta albo mi włosy spalą. Czasem wracam z podbitym okiem albo z rozwaloną brwią. Mamie mówię, że się przewróciłem, grając w piłkę. Kazałaby mi poglądy zmienić, włosy ściąć.

Plus, że punk punka nie ruszy. Dresiarze sami siebie tłuką, sami kroją. U nich jest przyjaźń na papierku. Matka straciła robotę, ojciec chla. Gdzie taki się wybije? Obrobi sklep, to ma, szpanuje w swoim rewirze. Fura, skóra i komóra - to dresiarz".

Michał, rocznik 1984. Licealista z Wildy. Włosy krótko obcięte, adidasy, spodnie o dresowym kroju. Kiedy był w szóstej klasie, starsi koledzy poradzili, żeby uważał na ulicy. Od tej pory rozgląda się. Opracował parę metod. Relacja Michała:

"Staram się koncentrować. Zawsze chodzę blisko krawężnika, dzięki temu wiem, czy stoją w bramie. Jeśli słyszę za sobą kroki, nigdy się nie oglądam, tylko zerkam w witryny, na odbicie w szybie. Starych nie trzeba się bać. Ani młodego, który idzie z książką. Albo z jamnikiem. Albo z mlekiem. Ale trzech, czterech wygolonych, w dresie, jeszcze z piwem... Coś okropnego! Udaję, że mnie nie ma. Spuszczam głowę, żeby mi nie spojrzeli w oczy. Przechodzę na drugą stronę. Wsiadam w taksówkę. Ostatnio szedłem Wrocławską do babci, patrzę - stoją. To skręciłem w Gołębią. Nałaziłem się, ale dotarłem bezstresowo.



Wystarczy chwila nieuwagi i po tobie. W tramwaju zagadałem się z kolegą. Wysiadam, ktoś mnie pyta o godzinę. Podciągam rękaw. Fuch - i ściągnęli mi zegarek. Ci dresiarze mieli już dużo zegarków w plecaku. Nie wyglądali za bogato, nosili podróbki z Bema. Jacyś pomniejsi. Zresztą większe karki nie kasują wiary na ulicy, oni co najwyżej zabijają. Kazali mi oddać siano. Jakbym miał chociaż z dziesięć złotych, toby się odczepili, a tak zaczęli gadkę: Na pewno coś masz. Obszukali mnie, przejrzeli legitymację. Komórkę długo kryłem, chociaż grozili, że mi przestrzelą kolana i nadgarstki, że mnie porąbią. Nie dałem rady krzyczeć, sparaliżowało mnie ze strachu. Potem spytali, czy chcę być chory na AIDS, bo mogą wyjąć strzykawkę z wirusem, no i to było śmieszne. Przestało być wesoło, jak znaleźli komórkę. A to co?! Już chcieli kopać, ale na szczęście zobaczyli naszywkę Lecha na plecaku. Nieraz ta naszywka mi pomogła. Na koniec chcieli się bratać: dawaj pionę! Nienawidzę ich. Żyję spokojnie, czemu mi to robią? Dlaczego muszę im się dawać?

Dresiarze to są świry. To debile zniszczeni sterydami, odrzuceni przez rodziców. Biją, bo lubią. Nie mają wykształcenia, nie pracują, a szastają forsą, jeżdżą BMW. Czemu ich rząd nie rozliczy?

Przyszłość mam zaplanowaną. Zdam na prawo, wujek przyjmie mnie do kancelarii, potem założę własną i wkręcę się do polityki. Będę walczył o przywrócenie kary śmierci. Powinno się urządzić publiczną egzekucję paru takich gości, wtedy byłby porządek. Za zabójstwo, za gwałt - śmierć na miejscu. Jak w filmie "Dług" dopadli tych bandytów, to zrobiło mi się dobrze. Każdy w moim wieku wie, że na ulicy nie można nikomu zaufać. Matka kumpla widziała raz, jak mnie kroją, i uciekła. Jesteśmy sami. Nawet jak będą nas mordować, nikt nie pomoże".

Jak odchodzą, to dzwoni łańcuchem

Bydgoszcz, Otwock, Kraków, Bielsko-Biała, Łódź, Wrocław

Bydgoszcz. "Dresiarze nie zaimponują niczym, tylko siłą. Nie mam zamiaru siedzieć przez nich w domu. My też jesteśmy silni i powinniśmy to pokazać. W sklepie z militariami kupiłem gaz paraliżujący, nazywa się triliard. Trochę większy, żelowy, kosztuje trzydzieści złotych. W kieszeni mam zwinięty łańcuch, taki dla psów, ze sklepu zoologicznego. Kolega też ma. Chociaż wygląda groźnie - łysy, w glanach - i tak go kroją. Wymarzył sobie taką sytuację, że dresiarze chcą kasy, on im mówi: nie mam, a jak odchodzą, to dzwoni łańcuchem. Wtedy się odwracają, bo myślą, że pieniądze brzęczą. W tym momencie przywali! Co do mnie, noszę jeszcze pręty, cienkie i twarde, dla ataku. Można je znaleźć na budowach. Postarałem się też o paralizator na prąd. Kiedyś woziło się komórkę, to bez sensu. Zabiorą, nim zdążysz zadzwonić. Po imprezach najpierw odholowuje się dziewczyny, potem sami odprowadzamy się grupą. Od najsłabszego. Ostatni, najsilniejszy, wraca sam".

Otwock. "W piątki towarzystwo umawia się w Warszawie na ostatni autobus. Z randek, z klubów, z koncertów wracamy w trzydzieści osób".

Kraków. "Nie zdarzyło mi się to. Nikt mnie nie pobił na ulicy. Ale wiem, że moje dni są policzone. Prędzej czy później dorwie mnie jakiś drech czy skinhead. Dlatego podjąłem decyzję - będę bronił się sam. Noszę ze sobą łańcuch i gaz pieprzowy, mam zamiar zapisać się na karate. I myślę, że w sytuacji zagrożenia mógłbym zabić. Po prostu - jeśli ktoś narusza moją prywatność, chce mi wyrządzić krzywdę, to ja mu za to się odpłacę".

Bielsko-Biała. "Nic do obrony nie noszę. Gaz mi odbiorą. Jeżeli pokażę łysemu kastet, potraktuje mnie gorzej. Oni atakują grupą, mają brzytwy. Wolę być pobity pięścią".

Warszawa. "U mnie na roku jest moda, żeby się strzyc jak tamci. Jeśli łysi rozmawiają o książkach - to kamuflaż".

Łódź. "Mam trzy portfele: z dokumentami, z większymi pieniędzmi i jeden na oddanie - dla nich. Po wyjściu z domu włączam radar, nigdy nie staję w kącie, tylko tam, skąd można uciec. W autobusie siadam przy kierowcy".

Kraków. "Nie kupuję ciuchów, które by im się mogły spodobać. Pieniądze chowam do skarpetek. Znam godziny i miejsca podwyższonego ryzyka".

Wrocław. "Dresiarz to frajer. Ćwierć-inteligentny, sfrustrowany, pijany, słucha disco polo, nadużywa przekleństw, nie potrafi się wysłowić. Dresiarz to czysta nienawiść spowodowana ignorancją i wewnętrznym strachem. Słyszałem wiele kawałów na ich temat. Na przykład o rozmowie dwóch dresiarzy:

- Wyrwałem wczoraj fajną laskę. Po dyskotece zaprosiła mnie do siebie i powiedziała: Zrób teraz to, co potrafisz najlepiej.

- I co zrobiłeś?

- Zapier... jej z główki".

Każdy w czymś siedzi, nawet jeśli nie wie

Poznań Wilda

Latem aresztowano Małgorzatę M., pedagoga w szkole zawodowej na Wildzie. Poznańska prasa pokazała jej zdjęcie: młoda, drobna, w dresie Reeboka. Handlowała amfetaminą. Policja zatrzymała ją, gdy razem z byłym uczniem wręczała innemu absolwentowi kilogramową paczkę narkotyku. Jedna działka, czyli 0,1 grama, kosztuje 15 złotych.

Po wakacjach uczniowie próbowali rozmawiać o tym w szkole, ale zbywano ich. Nie wiedzą, czy Małgorzata M. nie załamała się w więzieniu. Współczują jej. Bo wielu ludziom pomogła, była super. Rok temu wzięła ślub. Żyli z mężem osobno, nie mieli mieszkania. Wiadomo, jak płacą nauczycielom. Pani pedagog dorabiała zwykle na koloniach. Jednak tego lata biuro, z którym współpracowała, nie zorganizowało wyjazdu. Wpadła w kłopoty finansowe. Może to przez to? A może chciała się wybić? Tylko żeby się wybić, trzeba wszystko robić z głową. Jak ktoś chce na dużą wodę iść, to będą konsekwencje. Tak twierdzi Bartek, szalikowiec Lecha w dresowych spodniach Adidasa. Rocznik 1983. Relacja Bartka:

"Dresiarz to mały żołnierz w mafii, zwykły śmieć. Zaczyna w podstawówce. Masz dwa złote? Klepie kolegów. Kto się wyróżnia w klasie, ma pieniądze, trzeba go rąbać. Pójdzie do ogólniaka i na studia, będzie miał jeszcze więcej siana. A inni? Ojciec nierób, matka pielęgniarka, zero kasy. Markowy dres kosztuje trzysta. Jak chcesz go mieć, to musisz zdobyć. No to wypije taki piwko i zaczyna szumieć z kolegami. Ty, może coś skręcimy? Dobra, idziemy na wyjebkę. Staną w pięciu na rogu, kroją takich, którzy idą bokiem, co nikt się za nimi nie wstawi. Masz ćmika? Nie mam. To sprawdzimy. Paragraf 250, kradzież z pobiciem. Dresiarze wyjmują z cudzych portfeli dokumenty, żeby załatwić sobie kredyt, podejmują pieniądze na zdobyte czeki. A z komórkami idą do mnie. Bierzesz nokię za stówkę? Dobra! Po paru tygodniach sprzedaję telefon za trzysta i dwie stówy mam w kieszeni. Czysta paserka. Ale w komisach i lombardach też są kradzione, a ja mieszkam na Wildzie, muszę z ludźmi żyć. Żeby przetrwać, trzeba mieć plecy. Kiedyś i mnie kroili, teraz nikogo na dzielnicy się nie boję.

Wyjebkowicze działają z początku na własną rękę, żeby mieć więcej do podziału. Dobre do czasu. Prędzej czy później ekipę zaczyna to interesować. Kroisz? Dla kogo? Dla nikogo. To trach po ryju. Takiś cwany? Mów, ile na tydzień zarabiasz? Tysiąc? No to od dzisiaj pięćset dla mnie. I to jest w gruncie rzeczy lepsze, daje spokój. Jeśli się nie podporządkujesz, żołnierz nałoży ci karę. A jak się zgodzisz, sam jesteś żołnierzem. Pomału wciągną cię w dealerkę i w samochody, wyślą do pubu. Nie potrzebuje pan ochrony? Za każdą interwencję sto, co miesiąc dwieście za gotowość. Będziesz zdolny, to z czasem kupisz sobie fajną brykę. Małą łyżeczką lepiej się wybijesz. Ekipa po drodze sprawdzi cię przez podstawionych ludzi. Dla kogo robisz? I przystawią nóż do gardła. Wtedy idź w zaparte albo kłam, bo jak się osrasz, to skatują.

Tak wygląda ten świat cały, to jest wiadome. Kumpel wystawi złodziejowi kumpla z klasy, dostanie działkę i ze szkoły nie wyleci. Dzisiaj nie ma sumienia, każdy patrzy na siebie i swoją ekipę. W Poznaniu są trzy ekipy po tysiąc żołnierzy. Ważne, żeby nie być łochem. To taki, co wszystko odda i podziękuje, że w mordę nie dostał. Idę z dziewczyną, a ktoś mi każe portfel dawać? Nie! Na policji nie zgłoszę, bo mnie zabiją w ciemnej bramie. Żeby przetrwać, trzeba mieć plecy, wtedy i innym się pomoże. Ja za pieniądze mogę pomóc, ludzie wiedzą. Jak? Na ulicy wyjebkowicze chcą wziąć koledze siano i telefon. Mówi im, że mnie zna. Dzwonią, potwierdzam, kolegę puszczają. Odpala mi za tę usługę, a ja połowę przekazuję tym dresiarzom.



W poważnych sprawach usługi są drogie, za darmo nikt nie psuje sobie układów. Strzelili kogoś na większe pieniądze - na sześćset. Przychodzi do mnie, ja przekazuję jego sprawę dalej. Ekipa wie, kto mu to zrobił. Jadą do gościa, dają ze dwa klapsy, jeśli fika. Do poniedziałku ma zwrócić, co wziął, i dla ekipy tysiąc za fatygę. Za dodatkowe pięćset mogą przedłużyć mu termin do piątku. Jeśli się nie wywiąże, wpadają do jego domu, tłuką szyby, rozpiep... telewizor. W naprawdę grubych sprawach wiozą klienta za karę do lasu, każą mu kopać dół, potem zabierają ciuchy. Wraca do miasta na goło. Tego nie załatwiają dresiarze, tylko już więksi żołnierze.

W takie rzeczy nie wchodzę. To na krótką metę: dzień, dwa, rok, miesiąc, pięć. Nie chcę tak się obsunąć, do penerki. W tym roku kończę zawodówkę. Czeka już na mnie praca z samochodem służbowym. Pensja na razie słaba, za to każą się uczyć w technikum. Fajnie, bo w Unii Europejskiej bez matury mógłbym tylko śmieci zbierać. Ekipy też patrzą na wykształcenie.

To są za dobre ekipy, żeby im psy zaszkodziły. Policja woli zakładać koziołki na samochodach. Bo wszyscy mają jakieś plecy: sędziowie, politycy, dziennikarze, policjanci. Każdy w czymś siedzi, nawet jeśli o tym nie wie. Kiedy na korytarzu nauczyciel boi się podejść do kogoś, to wysyła woźnego, a woźny ucznia. Sprawdź, czy z naszej szkoły jest ten gość. To podchodzę. Legitymacja! Nie dał, dostał w ryj. Powiedział, że pójdzie do dyrektora. Idź, biłem na jego zlecenie".

Czytelnikom, którzy odpowiedzieli na mój apel, dziękuję za okazaną pomoc.

Lidia Ostałowska, współpraca Jakub Stachowiak

Radzi Krzysztof Orszagh, rzecznik praw ofiar:

- Trzeba się szanować. Poczucie bezkarności sprawia, że sprawcy drobnych wykroczeń popełniają kolejne, cięższe. Musimy reagować nawet wtedy, gdy na ulicy spotka nas niewielka krzywda. Zawsze zawiadamiajmy policję. W imieniu niepełnoletnich mogą zrobić to najbliżsi krewni. Policjant ma obowiązek przyjąć każde zawiadomienie o przestępstwie. Jeżeli nie chce, należy nalegać. Funkcjonariusz powinien poinformować przesłuchiwanego o jego prawach. Zgodnie z artykułem 184 kpk ofiara lub świadek mogą zastrzec swoje dane, by nie dotarły do sprawcy. Mogą korzystać z lustra weneckiego podczas tzw. okazania. Na każdym etapie sprawy mają możliwość wglądu w akta, skorzystania z usług adwokata itd. W przesłuchaniu nieletniego powinien uczestniczyć jego dorosły opiekun lub psycholog. Gdy przebieg rozmowy budzi wątpliwości rodziców, mogą ją przerwać do czasu pojawienia się psychologa lub przełożonego policjanta. Interes pokrzywdzonego dziecka podczas procedur prawnych jest najistotniejszy.

Małe grupki wymuszaczy korzystają pod szkołami z niemocy dorosłych. Potrafią sterroryzować nie tylko młodzież, również nauczycieli i rodziców. A także policjantów. Pamiętajmy, że oni rzadko interweniują bez formalnego zgłoszenia. Tymczasem proceder wymuszeń da się ukrócić, gdy dyrekcje szkół współpracują z komendami rejonowymi policji. Świadczy o tym przykład tych szkół warszawskich, w których rodzice twardo zażądali bezpieczeństwa dla swoich dzieci.

W obronie przed przemocą mogą pomóc:

Wydział Rzecznika Praw Ofiar przy MSWiA, kontakt telefoniczny (0-22) 625 65 74 lub 0-606 96 96 27

Stowarzyszenie przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej, (0-22) 646 41 04; 0-501 100 420; kontakt internetowy pomoc dla ofiar

not. lo

Słowniczek

brudasy - skini, dresiarze i kibice nazywają tak punków, anarchistów, zielonych

ćmik - papieros

kroić - wymuszać z użyciem groźby lub siły

kark - dresiarz

kibol - kibic

pener - menel

łoch - frajer

plej - elegancki dresiarz z fryzurą na żel (od: playboy)

przyłożyć z liścia - uderzyć otwartą dłonią

siano - pieniądze

skejt - nastolatek w bejsbolówce i spodniach z krokiem w kolanach

zrobić oklep - pobić

[Pokaż komentarze] | [Dodaj komentarz]

pochodzenie: gazeta.pl

 
Uczniowie Nauczyciele Rodzice
C 2005-2006 Zespół Szkół Nr 1 w Lubinie. All rights reserved