|
|
Niepubliczne szkoły mają uczyć jak inne
Zbigniew Pendel
Ministerstwo Edukacji szykuje zamach na nasze
kreatywne, twórcze nauczanie - alarmują "Gazetę" szkoły niepubliczne. Chodzi
o "drobny" zapis w nowelizowanej właśnie ustawie o systemie oświaty.
Do tej pory było (i wciąż jest) tak: szkoły niepubliczne muszą zrealizować z
uczniami na każdym przedmiocie ministerialne podstawy programowe, takie same
jak w szkołach publicznych. Podstawa to w ogólnym zarysie dokument, który
mówi, jaką wiedzę z danego przedmiotu ma wynieść ze szkoły uczeń.
- Od kiedy powstały szkoły niepubliczne, ten zapis to najlepszy sposób
kontroli ich poziomu. Muszą nauczyć tego co wszystkie szkoły w Polsce -
tłumaczy nam Wojciech Starzyński, prezes Społecznego Towarzystwa
Oświatowego, które skupia około dwustu niepublicznych szkół. - A o tym, jak
wypełniamy podstawy programowe, świadczą m.in. wyniki końcowych egzaminów
zewnętrznych - sprawdzianu po podstawówce czy egzaminu gimnazjalnego.
Uczniowie szkół niepublicznych wypadają w nich bardzo dobrze. To oznacza, że
wszystko, co ministerstwo zaplanowało w podstawach, nasi uczniowie potrafią
- dodaje Ligia Krajewska z Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej (zrzesza
ok. dwustu szkół).
O co więc chodzi? Szkół niepublicznych nie obowiązuje tzw. ramowy plan
nauczania (zwany też siatką godzin). Określa on, ile godzin każdego
przedmiotu powinni mieć uczniowie w szkołach publicznych. - My możemy to
robić w sposób bardziej autorski, np. zamiast trzech godzin fizyki w
tygodniu kreatywny nauczyciel bez problemu zrealizuje program z fizyki na
dwóch godzinach. Zaoszczędzoną godzinę uczniowie mogą przeznaczyć na
dodatkowe zajęcia z przedmiotu, którym się szczególnie interesują, który
będą zdawali na maturze albo z którego wiedza przyda im się już na studiach
- dodaje Krajewska.
- I nagle nasze metody nauczania najwyraźniej obecnemu Ministerstwu Edukacji
przestały się podobać - mówi "Gazecie" Krystyna Starczewska, dyr. I
Społecznego LO. przy ul. Bednarskiej w Warszawie.
Co zaplanował MENiS w nowej oświatowej ustawie? - Chce narzucić nam tę samą
siatkę godzin, jaka obowiązuje szkoły publiczne. Nieważne są dla urzędników
autorskie programy i metody nauczania, dzięki którym dzieciak może mieć
więcej innych zajęć. Teraz ministerstwo zaleci cztery godziny matematyki w
tygodniu, to wszędzie ma być cztery! - opowiada "Gazecie" Starczewska. - To
powrót do jakiejś zabójczej centralizacji, upodabniania wszystkich szkół do
siebie nawzajem - dodaje.
- Autorskie programy, rozszerzanie jednych przedmiotów, ale nie kosztem
realizacji programu z innych, to wielki atut szkół niepublicznych. To dzieło
kilkunastu lat ich pracy. Nowe rozwiązanie minister Łybackiej to
ograniczenie naszej autonomii w organizowaniu nauki. Jakaś urawniłowka -
mówi Starzyński.
O motywy zmiany zapytaliśmy wczoraj Annę Zawiszę, dyr. departamentu
kształcenia ogólnego MENiS. - Ministerstwo ma obowiązek zadbać, żeby
uczniowie wynieśli podstawową wiedzę z każdej szkoły. Podstawy programowe
tworzą eksperci. Ci ludzie powiadają, że aby zrobić i utrwalić podstawę
programową, trzeba na to poświęcić określoną liczbę godzin. Jeśli się
zmniejsza liczbę godzin z jakiegoś przedmiotu, to może zdąży się zrobić
podstawę, ale czy uczniowie będą ją mieli utrwaloną? Nie mam takiej
gwarancji. My musimy dbać, żeby uczniowie wychodzący ze wszystkich szkół
mieli porównywalną wiedzę.
"Gazeta": - Przecież właśnie uczniowie szkół niepublicznych wypadali bardzo
dobrze w porównywalnych egzaminach zewnętrznych!
Zawisza: - Mogę teraz tylko tyle powiedzieć, że znamy zdanie szkół
niepublicznych. Ustawa jest w toku legislacji i pewno nie zlekceważymy ich
opinii.
[Pokaż komentarze]
|
[Dodaj komentarz]
pochodzenie:
gazeta.pl |
|