|
|
Dorośli bawią się jak dzieci
Bartosz T. Wieliński
Dowody osobiste odebrali już dawno temu, ale bawią
się jak dzieci. Jedni podczas weekendu uganiają się z karabinem po lasach,
drudzy nocami zbierają żaby i ropuchy.
Andrzej Kocyba, czterdziestolatek, menedżer w jednej ze śląskich firm
budowlanych. W każdy weekend powtarza ten sam rytuał: pakuje do samochodu
kadłub i skrzydła swojego samolotu, skrzynki z narzędziami i butlę z
paliwem. Dwadzieścia minut później dojeżdża na łąkę pod Tychami. Składa
samolot, tankuje go, potem rozruch i po chwili jego maszyna jest w
powietrzu. On sam stoi na ziemi i steruje samolotem za pomocą specjalnego
nadajnika z dwoma dźwigniami i mnóstwem przełączników. - Samoloty buduję od
dziecka, ale pierwsze radio kupiłem dopiero piętnaście lat temu. Było
strasznie drogie, a ja w ogóle nie potrafiłem latać takimi samolotami. Na
szczęście nauczył mnie kolega z lotniska - wspomina.
Życie inaczej
W ten sam weekend w Jaworznie do wyjścia z domu szykuje się Bartosz Gaj, na
co dzień kierownik w firmie kurierskiej. Przygotowuje mundur i wysokie
wojskowe buty, sprawdza karabin i zapas amunicji. Godzinę później w
okolicznych lasach rozpocznie pojedynek z grupą kolegów. Jest snajperem.
Ubrany w maskujący strój będzie się czaił na przeciwników, a gdy ci podejdą
wystarczająco blisko, zacznie do nich strzelać. Na szczęście jego karabin,
choć do złudzenia przypomina prawdziwą broń, strzela małymi plastikowymi
kulkami. - Gdy byłem nastolatkiem, myślałem o tym, by pójść do armii, ale
życie potoczyło się trochę inaczej. Teraz to nadrabiam - wyjaśnia.
- To kompleks Piotrusia Pana - wyjaśnia takie zachowania Krzysztof Łęcki,
socjolog z UŚ. - Zabawki są coraz bardziej nowoczesne, a jednocześnie
społeczeństwo przyzwala na takie zachowanie - wyjaśnia socjolog.
Bezkrwawe polowanie
Tomasz Świdergał, nauczyciel historii, też będzie walczył, ale bronią białą.
Tomek jest rycerzem. Jego ekwipunek to hełm, zbroja oraz miecz, w sumie
dobre kilkadziesiąt kilogramów. Wraz z innymi członkami swojego bractwa
rycerskiego będzie ćwiczył fechtunek i rozmawiał o rycerskim etosie. Raz na
jakiś czas przyjdzie mu pojechać na turniej albo na symulowaną
średniowieczną bitwę.
Andrzej Siejeński, 29-latek, z Sosnowca też zajmuje się walką, tyle że tą
rozgrywaną na stole. Andrzej to miłośnik Warhammera 40000, gry
strategicznej, w której armie przyszłości rozgrywają ze sobą wielkie bitwy.
Każdego żołnierza czy machinę wojenną reprezentuje starannie wykonana
figurka, a o tym, jak skończy się bitwa, decydują oprócz talentu gracza
współczynniki jego oddziałów i szczęście.
Pasja Marka Sołtysiaka, 28-letniego geologa ujawnia się dopiero wieczorem.
Przebrany jak myśliwy przemierza chorzowskie stawy i mokradła w poszukiwaniu
rzadkich gatunków płazów. To jednak bezkrwawe polowanie. Marek jedynie
mierzy znalezione okazy i zaznacza na specjalnej mapce, na co udało mu się w
danym miejscu trafić. Na podstawie wyników pisze potem prace naukowe. - Rano
wsiadam w tramwaj i jadę na uczelnię. Mam zajęcia ze studentami - mówi
Marek.
- Nie można tu doszukiwać się w tym żadnych patologii. Człowiek stara się
uciec od codziennej rutyny i rozpoczyna swoje drugie życie. Z flegmatycznego
księgowego może przeobrażać się w wolnym czasie w walecznego rycerza. Dopóki
nie mylą mu się jego role, wszystko jest w porządku - twierdzi dr Marek
Adamiec, psycholog.
Rozpędzona kulka
Siejeński zaczął grać, gdy miał 18 lat. Wtedy figurki Warhammera pojawiły
się w polskich sklepach. - Najpierw zbierałem je, jak kiedyś zbierało się
żołnierzyki. Potem odkryłem urok gry: pojedynek z przeciwnikiem,
przewidywanie jego ruchów, emocje. Gdy już byłem studentem, grałem przez
całe wakacje. To wcale nie jest dziecinne - wyjaśnia.
Świdergał: - W historiach o rycerzach zaczytywałem się, gdy byłem małym
chłopcem. Potem zacząłem studiować historię. Bractwo było chyba naturalną
konsekwencją wcześniej podjętych decyzji. Teraz łatwiej mi uczyć historii w
szkole - wystarczy, że pokażę uczniom prawdziwą zbroję.
Poza tym panowie lubią smak ryzyka. Nawet wędrowanie nocą po obrzeżach
miasta i szukanie żab i rzekotek może okazać się emocjonujące. - Kilka razy
pogonili mnie miejscowi menele. Raz czy dwa dostałem po zębach. Mimo to
dalej badam płazy i czuję się jak odkrywca na nieznanej ziemi. Nikt tego nie
robił przede mną - twierdzi Marek.
Nie odstraszają ich nawet cięte rany i wielkie siniaki na plecach. - Staramy
się wyhamowywać ciosy, ale nie zawsze się udaje. Sam oberwałem wiele razy,
zobacz ile mam blizn - twierdzi Świdergał.
- Trafienie rozpędzoną kulką boli, ale to w końcu cena za błąd. Nie należy
wystawiać się na strzał - dodaje Bartek Gaj.
Inne emocje towarzyszą lataniu. - Samolot jest wart kilka tysięcy złotych.
Wystarczy chwila nieuwagi, by go rozbić. Adrenalina aż pulsuje mi w żyłach,
ale w sumie to pozwala mi odreagować - mówi Kocyba.
- Taka pasja to dobra ucieczka przed stresem, szczególnie, jeśli ktoś
pracuje na odpowiedzialnym stanowisku i ma wyczerpującą pracę. Zwykle w
takich sytuacjach ludzie uciekali w świat kolekcji znaczków albo zakładali
akwaria, bo to gwarantowało im spokojne zajęcie. Ale skoro komuś pomaga
latanie to nie ma w tym nic zdrożnego - twierdzi dr Adamiec.
Karabiny nosimy w pokrowcach
Za zabawę trzeba jednak płacić. Figurki Siejeńskiego kosztują kilkadziesiąt
złotych za sztukę (a tu trzeba wystawić całą armię!). Karabin Bartka to
wydatek rzędu ok. 2 tys. zł, czyli tyle ile kosztuje dobra zbroja. - Do
latania ciągle się dokłada. Trzeba kupować świece do silnika, akumulatory,
paliwo. Pocieszam się tym, że wędkarze też wydają sporo pieniędzy na swoje
zabawki - twierdzi Kocyba.
- Dawniej potrafiliśmy to maskować. Ojciec kupował kolejkę dla synka, ale
gdy syn kładł się spać, sam się nią po kryjomu bawił. Dzisiaj sprawę
rozwiązał rynek. Większość zabawek ma na opakowaniu napis: od lat 6 do 60.
Dlaczego więc dorośli nie mieliby kupować ich dla siebie? - mówi dr Łęcki.
Ludzie na nietypowe pasje reagują różnie. - Raz biorą nas za żołnierzy, raz
za terrorystów. By uniknąć problemów, na ulicy karabiny nosimy zawsze w
pokrowcach - mówi Bartek.
Marek: - Na mnie czasami patrzą jak na wariata. Ot jakiś facet zbiera
ropuchy do wiadra. Lepiej rozumiem się z innymi przyrodnikami.
Kocyba: - Mój samolot zawsze budzi zainteresowanie. Nawet rodzina
przyzwyczaiła się, że sobotę spędzam na łące i latam. Chyba że akurat pada
albo mocno wieje. Wtedy proponują: "Może spędzimy ten weekend razem?".
[Pokaż komentarze]
|
[Dodaj komentarz]
pochodzenie:
gazeta.pl |
|